Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Porady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Porady. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 5 lutego 2015
poniedziałek, 19 stycznia 2015
Sezon rozpoczęty i rakiety śnieżne też
Rozpoczęliśmy sezon
Niby nic nadzwyczajnego, bo sezon na ognisko trwa cały rok.
Ale celem dodatkowym było zaklinanie zimy - o tym za chwilę.
Testowałem otrzymany od niejakiego świętego M. gadget - widoczny na zdjęciu tosterek.
Mówiąc krótko zadziałał, tak dłużej - przerost formy nad treścią, Przy zaczepianiu na kijka się rozpadł i musiałem dołożyć trochę myśli technicznej oraz siły fizycznej żeby dobrze się trzymał kijka.
Teraz o zaklinaniu zimy.
Zima jaka jest każdy widzi ale od kilku lat zbierałem się do skonstruowania rakiet śnieżnych.
Właściwie dlaczego chciałem je zrobić ?
Po pierwsze miałem kiedyś przypadek, że rakiety by się bardzo przydały - zapadałem się głęboko w śnieg idąc po górach z plecakiem co spowodowało całkowite wykończenie (mnie).
Ktoś powie - można kupić.
Nawet mnie stać, ale to nie o to chodzi, uważam, że "fabryczne" nie są warte swojej ceny, najtańsze znalazłem za ok. 400 PLN.
W ramach sprzętu zimowego mam długą historię zakupów rzeczy na dwa razy - pierwszy i ostatni,
Tak się kiedyś stało z deską snowboardową a następnie z biegówkami.
Na standardowych nartach jeżdżę jakby co.
Poza powyższymi sprawia mi radochę tworzenie.
Rakiety są w trakcie produkcji, jak je zrobię, puszczę zdjęcie.
Na razie wyciąłem odpowiednie kijki i zagiąłem je i spiąłem trytytkami.
Jak wyschną w tej pozycji (kilka tygodni) to przejdę do następnych kroków - wiązania ich sznurkiem i przygotowania poprawnych poprzeczek, te na zdjęciu są tymczasowymi rozpórkami.
Niby nic nadzwyczajnego, bo sezon na ognisko trwa cały rok.
Ale celem dodatkowym było zaklinanie zimy - o tym za chwilę.
Testowałem otrzymany od niejakiego świętego M. gadget - widoczny na zdjęciu tosterek.
Mówiąc krótko zadziałał, tak dłużej - przerost formy nad treścią, Przy zaczepianiu na kijka się rozpadł i musiałem dołożyć trochę myśli technicznej oraz siły fizycznej żeby dobrze się trzymał kijka.
Teraz o zaklinaniu zimy.
Zima jaka jest każdy widzi ale od kilku lat zbierałem się do skonstruowania rakiet śnieżnych.
Właściwie dlaczego chciałem je zrobić ?
Po pierwsze miałem kiedyś przypadek, że rakiety by się bardzo przydały - zapadałem się głęboko w śnieg idąc po górach z plecakiem co spowodowało całkowite wykończenie (mnie).
Ktoś powie - można kupić.
Nawet mnie stać, ale to nie o to chodzi, uważam, że "fabryczne" nie są warte swojej ceny, najtańsze znalazłem za ok. 400 PLN.
W ramach sprzętu zimowego mam długą historię zakupów rzeczy na dwa razy - pierwszy i ostatni,
Tak się kiedyś stało z deską snowboardową a następnie z biegówkami.
Na standardowych nartach jeżdżę jakby co.
Poza powyższymi sprawia mi radochę tworzenie.
Rakiety są w trakcie produkcji, jak je zrobię, puszczę zdjęcie.
Na razie wyciąłem odpowiednie kijki i zagiąłem je i spiąłem trytytkami.
Jak wyschną w tej pozycji (kilka tygodni) to przejdę do następnych kroków - wiązania ich sznurkiem i przygotowania poprawnych poprzeczek, te na zdjęciu są tymczasowymi rozpórkami.
niedziela, 2 marca 2014
Koszulka siatkowa – testy
Kupiłem sobie jakiś czas temu koszulkę siatkową,
takie coś z cienkiego sznurka.

Za grosze (w porównaniu z bielizną termiczną) z demobilu norweskiej armii.
Podobne były kiedyś opisywane przez Suworowa jako wyposażenie Specnazu i byłem ciekaw jak się to zachowuje.
Teoria jest taka, że koszulka z siatki zachowuje powietrze przy ciele, a ponieważ są duże otwory, człowiek nie jest spocony.
Pierwszy raz testowałem to na dość intensywnym spacerze do lasu przy
–15 C
Po wysiłku fizycznym, na postoju było OK.
Ciepło i sucho, a w między czasie nie było zbyt gorąco.
Ponieważ taki pojedyńczy test wydawał mi się za krótki i mało wiarygodny aby to opisywać,
testowałem to dość intensywnie na nartach, zakładając na koszulkę siatkową zwykłą podkoszulkę.
Sprawdza się doskonale, zawsze przy wysiłku fizycznym się pocę.
Zwykle po powrocie z nart koszulkę można było wykręcać, dotyczy to również tzw. antypotek w kosmicznej technologii.
W tym przypadku użycia “magicznej koszulki” nie czułem się spocony.
Druga sprawa to ciepło, jak już mamy coś odporne na pocenie się, to na postoju robi się zimno.
Znowu było mi ciepło i sucho.
Testowane w temperaturach –2 do –10 na nartach.
takie coś z cienkiego sznurka.
Za grosze (w porównaniu z bielizną termiczną) z demobilu norweskiej armii.
Podobne były kiedyś opisywane przez Suworowa jako wyposażenie Specnazu i byłem ciekaw jak się to zachowuje.
Teoria jest taka, że koszulka z siatki zachowuje powietrze przy ciele, a ponieważ są duże otwory, człowiek nie jest spocony.
Pierwszy raz testowałem to na dość intensywnym spacerze do lasu przy
–15 C
Po wysiłku fizycznym, na postoju było OK.
Ciepło i sucho, a w między czasie nie było zbyt gorąco.
Ponieważ taki pojedyńczy test wydawał mi się za krótki i mało wiarygodny aby to opisywać,
testowałem to dość intensywnie na nartach, zakładając na koszulkę siatkową zwykłą podkoszulkę.
Sprawdza się doskonale, zawsze przy wysiłku fizycznym się pocę.
Zwykle po powrocie z nart koszulkę można było wykręcać, dotyczy to również tzw. antypotek w kosmicznej technologii.
W tym przypadku użycia “magicznej koszulki” nie czułem się spocony.
Druga sprawa to ciepło, jak już mamy coś odporne na pocenie się, to na postoju robi się zimno.
Znowu było mi ciepło i sucho.
Testowane w temperaturach –2 do –10 na nartach.
czwartek, 30 stycznia 2014
Przybornik do szycia czyli igła z nitką
Na wyjazdach przydaje się czasem igła z nitką.
Nie szalejmy, nie potrzeba nam wielu kolorów nici i siedmiu igieł.
Zapasowy guzik da się wystrugać z patyka, wytrzyma do powrotu.
Znalazłem fajny pomysł na sieci i postanowiłem go skopiować.
Zwykle do szycia czegokolwiek używam dużej igły i żeglarskiego usingu, tak się nauczyłem i moje szwy może nie są ładne ale na pewno są wytrzymałe.
Po pierwsze zabieramy już nawleczoną igłę z mocną nicią.
Dlaczego nawleczoną i przygotowaną do działania ?
Bo w lesie nam może igła wypaść, jak nam zimno w dłonie – mogą być problemy z nawleczeniem.
W domu jest wygodniej nawlec.
Poza igłą i nitką potrzebujemy słomkę (taką do napojów) i taśmę klejącą.

Przycinamy słomkę trochę dłużej niż igła.
Zaklejamy koniec taśmą.

Wkładamy igłę do środka i owijamy słomkę nitką.

Oklejamy plastrem (nie za mocno)

i wkładamy do apteczki :)
Nie szalejmy, nie potrzeba nam wielu kolorów nici i siedmiu igieł.
Zapasowy guzik da się wystrugać z patyka, wytrzyma do powrotu.
Znalazłem fajny pomysł na sieci i postanowiłem go skopiować.
Zwykle do szycia czegokolwiek używam dużej igły i żeglarskiego usingu, tak się nauczyłem i moje szwy może nie są ładne ale na pewno są wytrzymałe.
Po pierwsze zabieramy już nawleczoną igłę z mocną nicią.
Dlaczego nawleczoną i przygotowaną do działania ?
Bo w lesie nam może igła wypaść, jak nam zimno w dłonie – mogą być problemy z nawleczeniem.
W domu jest wygodniej nawlec.
Poza igłą i nitką potrzebujemy słomkę (taką do napojów) i taśmę klejącą.
Przycinamy słomkę trochę dłużej niż igła.
Zaklejamy koniec taśmą.
Wkładamy igłę do środka i owijamy słomkę nitką.
Oklejamy plastrem (nie za mocno)
i wkładamy do apteczki :)
środa, 4 września 2013
Plecak kontra torba na ramię (w tropikach)
Na ostatnim wyjeździe testowałem to na sobie.
Zawsze brałem mały plecak jako bagaż podręczny czy na krótkie wycieczki.
Tym razem zabrałem torbę na ramię bo pomyślałem, że od plecaka moje plecy będą mokre a torbę można nosić raz na lewym, raz na prawym ramieniu.
Spodziewałem się problemów, mam problemy z kręgosłupem i raczej nie lubię takich toreb.
Zaskoczyło mnie, że taka torba na wyjeździe to był całkiem dobry pomysł.
Dużo prościej coś znaleźć, mamy milion kieszonek i wbrew pozorom wygodniej się to nosi.
Wygodniej, bo zawsze starałem się wyjąć z niej niepotrzebne rzeczy, wiedząc, że mnie zabolą.
Torba robiła się lżejsza i wygodnie się z nią chodziło.
Ta konkretna ma możliwość dołączania wojskowych dodatkowych kieszeni.
Podczepiłem kieszeń na butelkę na wodę a z przodu panel słoneczny do ładowania baterii paluszków (patent na ładowanie komórki z paluszków opisany wcześniej)
Sprawdziło się, polecam.

Zawsze brałem mały plecak jako bagaż podręczny czy na krótkie wycieczki.
Tym razem zabrałem torbę na ramię bo pomyślałem, że od plecaka moje plecy będą mokre a torbę można nosić raz na lewym, raz na prawym ramieniu.
Spodziewałem się problemów, mam problemy z kręgosłupem i raczej nie lubię takich toreb.
Zaskoczyło mnie, że taka torba na wyjeździe to był całkiem dobry pomysł.
Dużo prościej coś znaleźć, mamy milion kieszonek i wbrew pozorom wygodniej się to nosi.
Wygodniej, bo zawsze starałem się wyjąć z niej niepotrzebne rzeczy, wiedząc, że mnie zabolą.
Torba robiła się lżejsza i wygodnie się z nią chodziło.
Ta konkretna ma możliwość dołączania wojskowych dodatkowych kieszeni.
Podczepiłem kieszeń na butelkę na wodę a z przodu panel słoneczny do ładowania baterii paluszków (patent na ładowanie komórki z paluszków opisany wcześniej)
Sprawdziło się, polecam.
wtorek, 20 sierpnia 2013
Koszulka w tropikach
Z uwagi na doświadczenia w innych wyjazdach, miałem wrażenie, że oddychająca koszulka to dobry pomysł na tropiki.
Jest lekka, można zabrać pięć a ważą tyle co trzy standardowe.
Szybko schnie – można przeprać i powiesić na plecaku.
Nie śmierdzi.
Jakoś nie wyobrażałem sobie tego, że w tropikach będę mokry po 10 minutach wysiłku fizycznego typu oddychanie.
Antypotka przy takiej wilgotności powietrza zachowuje się jak mokry kombinezon do nurkowania, masakra…
Zwykła podkoszulka to też nie najlepszy wybór, obtarłem sobie ramiona, bo chodzisz w całkiem mokrej koszulce.
Całe szczęście elementem “programu” wyjazdu, był ślub naszych znajomych i zabrałem dwie bawełniane koszule.
To było najlepsze możliwe rozwiązanie.
Przepraszam, że epatuję nagim i spoconym torsem, ale zdjęcie jest ściśle związane z powyższym tekstem

Jest lekka, można zabrać pięć a ważą tyle co trzy standardowe.
Szybko schnie – można przeprać i powiesić na plecaku.
Nie śmierdzi.
Jakoś nie wyobrażałem sobie tego, że w tropikach będę mokry po 10 minutach wysiłku fizycznego typu oddychanie.
Antypotka przy takiej wilgotności powietrza zachowuje się jak mokry kombinezon do nurkowania, masakra…
Zwykła podkoszulka to też nie najlepszy wybór, obtarłem sobie ramiona, bo chodzisz w całkiem mokrej koszulce.
Całe szczęście elementem “programu” wyjazdu, był ślub naszych znajomych i zabrałem dwie bawełniane koszule.
To było najlepsze możliwe rozwiązanie.
Przepraszam, że epatuję nagim i spoconym torsem, ale zdjęcie jest ściśle związane z powyższym tekstem
niedziela, 4 sierpnia 2013
Nocleg w tropikach
Po przyjeździe z Borneo, jestem trochę bardziej doświadczony, jeżeli chodzi o wybór sprzętu.
To co mi najbardziej nie pasowało, to temperatura.
Tam jest po prostu za gorąco.
Pot leje się strumieniami i człowiek odnosi wrażenie, że mrówki mogą urządzać zawody w kajakarstwie górskim na plecach.
Nocleg “na gołej ziemi” raczej nie wchodzi w grę, z uwagi na potencjalne robactwo.
Przez pół nocy spaliśmy w hamakach (takich z moskitierą, i nawet było OK, gdyby nie to, że o trzeciej w nocy zaczynało padać i trzeba było się zwijać do namiotu.
Namiot to porażka. Mam wrażenie, że wszystkie znane mi dotąd namioty zostały stworzone z myślą o odporności na wiatr i wodę.
Każdy powiew (nawet ten większy, bo raz nocowaliśmy na brzegu morza) jest blokowany przez namiot, ku utrapieniu siedzących w tej saunie ludzi.
Nie planuję wracać do tropików, wystarczy mi, ale jeżeli się wybieracie, polecam hamak zintegrowany z moskitierą i płachtę.
Nie brałem płachty bo braliśmy namiot i to był podstawowy błąd.
Co z plecakami ?
Plecaki należy wrzucić do opisanych wcześniej worków transportowych i przykryć poncho-płachtą przybitą do ziemi.
przetrwają sucho tropikalną burzę (testowane).

To co mi najbardziej nie pasowało, to temperatura.
Tam jest po prostu za gorąco.
Pot leje się strumieniami i człowiek odnosi wrażenie, że mrówki mogą urządzać zawody w kajakarstwie górskim na plecach.
Nocleg “na gołej ziemi” raczej nie wchodzi w grę, z uwagi na potencjalne robactwo.
Przez pół nocy spaliśmy w hamakach (takich z moskitierą, i nawet było OK, gdyby nie to, że o trzeciej w nocy zaczynało padać i trzeba było się zwijać do namiotu.
Namiot to porażka. Mam wrażenie, że wszystkie znane mi dotąd namioty zostały stworzone z myślą o odporności na wiatr i wodę.
Każdy powiew (nawet ten większy, bo raz nocowaliśmy na brzegu morza) jest blokowany przez namiot, ku utrapieniu siedzących w tej saunie ludzi.
Nie planuję wracać do tropików, wystarczy mi, ale jeżeli się wybieracie, polecam hamak zintegrowany z moskitierą i płachtę.
Nie brałem płachty bo braliśmy namiot i to był podstawowy błąd.
Co z plecakami ?
Plecaki należy wrzucić do opisanych wcześniej worków transportowych i przykryć poncho-płachtą przybitą do ziemi.
przetrwają sucho tropikalną burzę (testowane).
czwartek, 4 lipca 2013
Odciski na dłoniach
Dwa tygodnie temu, rąbałem drewno maczetą.
Po prostu znalazłem zwaloną sosenkę i pociąłem ją na kawałki zamiast szukać gałązek.

Uważam, że tego typu operacja jest bardziej efektywna, trochę się człowiek narobi, ale trzy takie kawałki wystarczyły na cały wieczór.
Dość szybko zauważyłem, że zapomniałem rękawiczek.
Efekty braku rękawiczek śladowo widoczne na zdjęciu poniżej, bo dwa tygodnie minęły, generalnie było słabo.

Obecne narzędzia typu maczeta mają rączki z tworzywa sztucznego, antypoślizgowe itd. niemniej jestem pewien, że przy drewnianej rączce takich śladów by nie było.
Proste wnioski:
Pamiętajcie o rękawiczkach.
takie wełniane nam nie pomogą, ogrodnicze też nie.
Ja używam takich jak na obrazku.
Po prostu znalazłem zwaloną sosenkę i pociąłem ją na kawałki zamiast szukać gałązek.
Uważam, że tego typu operacja jest bardziej efektywna, trochę się człowiek narobi, ale trzy takie kawałki wystarczyły na cały wieczór.
Dość szybko zauważyłem, że zapomniałem rękawiczek.
Efekty braku rękawiczek śladowo widoczne na zdjęciu poniżej, bo dwa tygodnie minęły, generalnie było słabo.
Obecne narzędzia typu maczeta mają rączki z tworzywa sztucznego, antypoślizgowe itd. niemniej jestem pewien, że przy drewnianej rączce takich śladów by nie było.
Proste wnioski:
Pamiętajcie o rękawiczkach.
takie wełniane nam nie pomogą, ogrodnicze też nie.
Ja używam takich jak na obrazku.
sobota, 11 maja 2013
Po powrotach
Po powrocie z wyjazdu zwykle chowamy sprzęt turystyczny w momencie rozpakowywania.
To nie jest najlepszy pomysł, niestety trzeba poświęcić trochę czasu i zadbać o te zabawki.
Dlaczego ?
Będą gotowe na następną wycieczkę a później nie będzie na to czasu.
Ja zaczynam od ostrzenia noża, który na wyjeździe pewnie się stępił, ostatnio butonowałem drewno i podszedł mi gwóźdź, musiałem poświęcić trochę czasu na naprawę.
Następna sprawa to śpiwór, trzeba go wywietrzyć a w idealnym przypadku wystawić na słońce na kilka godzin.
Powyższa operacja znacznie poprawi nasz komfort na następnym wyjeździe.
Pamiętajcie, że puchowe śpiwory powinniśmy składować rozpakowane.
Karimaty powinniśmy rozwinąć, przetrzeć wilgotną smatką, wysuszyć i zwinąć – teraz to możemy zrobić.
Karimaty pompowane i materace powinniśmy składować z powietrzem w środku – wtedy p[rzeżyją do następnego wyjazdu i unikniemy niespodzianek.
Trzeba ponownie wymyć i wysudszyć gary i kuchenkę, powód jest prosty – mamy nieskończony dostęp do ciepłej wody.
Jeżeli nie wiemy czy wyschła nam podłoga w namiocie – trzeba go rozpakować i wysuszyć.
Na koniec elektronika.
Sprawdzamy baterie w latarkach, w ramach potrzeb wymieniamy na nowe.
Warto naładować akumulatorki w aparatach, GPS-ach, kamerach, potem może nie być czasu.
Po co to wszystko ?
Bo nie zrobicie tego później.
środa, 8 maja 2013
Jak wybrać sprzęt ?
Często spotykam się z pytaniami typu:
” Jadę w miejsce X, powinienem zabrać namiot /kuchenkę/ karimatę? jaką ?”
Żeby było ciekawiej jest bardzo prosta zasada, która pomaga w takim wyborze, zawsze ją stosowałem nie tylko w turystyce.
Wybierz najlepsze a jak za drogie to kup najtańsze ale spełniające założenia.
Może to dotyczyć wszystkiego.
Przy wyborze karimaty ważne jest, żeby było wygodnie.
Najlepsze w mojej opinii obecnie są materacyki thermarest-a.
Ważą niewiele (450g) zajmują mało miejsca.
Ale jak was nie stać wystarczy najtańsza karimata.
Nie musi być gruba, bo taka kosztuje więcej a i tak będzie twardo.
Trochę inaczej jest z namiotem.
Namiot wybieramy zależnie od sposobu używania.
Jeżeli planujemy podróżowanie samochodem, nie ma nic lepszego niż automatyczne quechua-y z Decathlonu, te z AIR, żeby się nie pociły w środku, a jak ma przedsionek – to super.
Powyższy namiot zupełnie nie nadaje się do podróży z plecakiem.
Proponuję coś lekkiego i tu wracamy do zasady albo drogie i super albo tanie i całkiem wystarczające.
Jest dużo lekkich a przy tym tanich namiotów.
W przypadku kuchenki dla mnie ideałem jest Jetboil albo nowe Primusy.
Jak jedziecie na koniec świata – multifuel.
Ale jak się nie ma co się lubi – bierzcie najtańszą z przykręcaną butlą.
I wreszcie standardowe pytanie, czy mam zabrać płachtę, czy namiot.
Jeżeli jedziecie na wakacje a nie na survival, zdecydowanie namiot.
Jak będzie lało – sucho.
I robale nie przelezą.
Zdjęcie – na wakacje (Polska 2008)
” Jadę w miejsce X, powinienem zabrać namiot /kuchenkę/ karimatę? jaką ?”
Żeby było ciekawiej jest bardzo prosta zasada, która pomaga w takim wyborze, zawsze ją stosowałem nie tylko w turystyce.
Wybierz najlepsze a jak za drogie to kup najtańsze ale spełniające założenia.
Może to dotyczyć wszystkiego.
Przy wyborze karimaty ważne jest, żeby było wygodnie.
Najlepsze w mojej opinii obecnie są materacyki thermarest-a.
Ważą niewiele (450g) zajmują mało miejsca.
Ale jak was nie stać wystarczy najtańsza karimata.
Nie musi być gruba, bo taka kosztuje więcej a i tak będzie twardo.
Trochę inaczej jest z namiotem.
Namiot wybieramy zależnie od sposobu używania.
Jeżeli planujemy podróżowanie samochodem, nie ma nic lepszego niż automatyczne quechua-y z Decathlonu, te z AIR, żeby się nie pociły w środku, a jak ma przedsionek – to super.
Powyższy namiot zupełnie nie nadaje się do podróży z plecakiem.
Proponuję coś lekkiego i tu wracamy do zasady albo drogie i super albo tanie i całkiem wystarczające.
Jest dużo lekkich a przy tym tanich namiotów.
W przypadku kuchenki dla mnie ideałem jest Jetboil albo nowe Primusy.
Jak jedziecie na koniec świata – multifuel.
Ale jak się nie ma co się lubi – bierzcie najtańszą z przykręcaną butlą.
I wreszcie standardowe pytanie, czy mam zabrać płachtę, czy namiot.
Jeżeli jedziecie na wakacje a nie na survival, zdecydowanie namiot.
Jak będzie lało – sucho.
I robale nie przelezą.
Zdjęcie – na wakacje (Polska 2008)
niedziela, 21 kwietnia 2013
Kuchenka Esbit, drugie podejście Esbit pocket stove second attempt
| Pamiętacie jak testowałem kuchenkę ? http://ps1560.blogspot.com/2013/04/test-review-kuchenka-na-paliwo-stae.html Na końcu posta napisałem, że trzeba zrobić jakiś ekran. Zacząłem od materiału na ekran, dorwałem dużą tacę jednorazową z aluminium w cenie 4 PLN jak na obrazku. Kuchenka na środku. | Do you remember tests of pocket stove ? http://ps1560.blogspot.com/2013/04/test-review-kuchenka-na-paliwo-stae.html At the end I wrote, that some screen is needed. Starting with material, I found big disposable dish made of aluminum. I paid for this 1 Euro, check the picture. Stove in the middle. |
| Po wycięciu ekranu użyłem go do testu. Wiał silny wiatr, podobnie jak w trakcie pierwszego, czyli test był w podobnych warunkach | After cutting screen, I used it for second test attempt. It was quite windy day so, comparable conditions. |


| Użyłem tym razem czterech tabletek, jak się okazało – za dużo co najmniej o jedną. Woda zagotowała się pięknie po 7-miu minutach. Wniosek – kuchenka TAK ale z ekranem. | I used four tablets this time, as was visible later – too many, Three should make it. Water was boiling after 7 minutes. Looks that stove is OK but with screen. |
piątek, 19 kwietnia 2013
Mapy do GPS-a – Maps for GPS
| Od wielu lat używam Garmina, nie z uwagi na to, że lubię te urządzenia ale głównie z powodu jego popularności i dostępności darmowych map. W przypadku dalszych wypraw na inne kontynenty AutoMapa raczej się nie sprawdza. Do urządzeń garmina można wrzucić własne mapy a w szczególności przygotowane przez innych. Przykładowo zwiedzając Islandię używaliśmy darmowej dostępnej tu: http://www.ourfootprints.de/gps/mapsource-island_e.html Ostatnio szukałem mapy Pirenejów i trafiłem na fajne kompendium map teoretycznie rowerowych. http://openmtbmap.org/download/odbl/#map-data Na teren Polski standardowo używam UMP http://mapa.ump.waw.pl/ump-www/ Dla wielu ludzi używanie GPS-a, to pokazywanie drogi. Zawsze mnie to dziwiło. Najważniejsze co pokazuje GPS, to miejsce gdzie jesteśmy i pozwala on nam znaleźć je na lepszej papierowej mapie. A jak przypadkiem coś pokaże – super. Dlaczego urządzenie a nie telefon z GPS-em ? Trzy proste powody: 1. Zasilanie Możemy zabrać dodatkowe paluszki. 2.. Mapy – jak nie ma zasięgu mapy w telefonie są słabe 3. Dokładność pomiaru. GPS-a włączamy na postoju, żeby sprawdzić gdzie jesteśmy. Cudów jeszcze nie ma i nie ma urządzeń wytrzymujących ciągłą pracę przez tydzień. Na obrazku – namiot w dziczy Ziemia ognista 2001 – Patagonia GPS pozwolił nam się znaleźć na mapie | For very long time I’m using Garmin devices. This is not cause I like it but mostly because you got access to free maps. In case of more remote, oversees trip local home map you can use in your car is not the best. You can put your own maps in Garmin devices particulary created by other people. For example on Iceland we were using: http://www.ourfootprints.de/gps/mapsource-island_e.html Last time I was looking for Pyrenees maps and I found very nice set for bikers: http://openmtbmap.org/download/odbl/#map-data For Poland I’m using http://mapa.ump.waw.pl/ump-www/ For most people GPS is a device to find proper route. I was always confused with this type approach. The most important think you can find on your GPS is your current position. Then you can find it on proper, paper based map bought in remote site. If you can see map on your GPS – great – its easier Why actually we should use GPS device comparing to smartphone with GPS ? Three basic reasons: 1. Power supply you can take spare AAA batteries for it 2. Maps – if you are not in range no maps. 3. Precision. We should turn on GPS device only when stopping. There are no devices on the market (yet) which can work on line for a week. Picture – tent in the woods. Tierra del Fuego 2001 – Patagonia GPS helped us to find our place on the map. |
wtorek, 8 stycznia 2013
Szkolenie survivalowe
Miniony weekend spędziłem miło i przytulnie na szkoleniu survivalowym organizowanym przez firmę Survivaltech - http://survivaltech.com.pl/
Co było na szkoleniu to jest bardzo ładnie opisane na ich stronach, dlatego bardziej chciałem się skupić na aspektach pobocznych.
Pewnie zapytacie:
Po co turyście szkolenie survivalowe, przecież to dla szaleńców militarnych a ognisko i tak umiem rozpalać ?
Prawda jest taka, że każdą wiedzę trzeba utrwalać, to że wiemy jak rozpalić ognisko, bo robiliśmy to setki razy, to nie znaczy, że uda nam się to za każdym razem i do tego jak jest mokro i do tego bez zapalniczki.
Warto potrenować, kiedy jest czas na doświadczenia, pobawić się tą wiedzą.
Warto też utrwalić sobie praktycznie wiedzę, która może się przydać (np. sygnalizacja - oby się nie przydała)
Napisałem "miło i przytulnie" bo szkolenie jest sytuacją w kontrolowanych warunkach, nie ma stresu, wiemy, że nic nam się nie stanie i wrócimy do domu.
Uzyskałem odpowiedzi na 500 pytań, i żadna z nich nie brzmiała "bo tak wszyscy robią...".
Szkolenie trwało od soboty 10:45 do niedzieli 18:00 i cały ten czas był wypełniony.
Pełen profesjonalizm.
Fajne tematy przedstawiane w dobrej formie, przez dobrego instruktora:
Najpierw teoria, potem pokaz, na końcu praktyka i sprawdzenie w naturze każdego z zagadnień.
Nikt Wam nie karze po szkoleniu nocować w lesie bez namiotu, ale będziecie wiedzieć jak to zrobić ciepło i bezpiecznie, obyście w przyszłości nie byli zmuszeni do takiej sytuacji, ale jeżeli przypadkiem się zdarzy - będzie to pod Waszą kontrolą.
Niniejszy artykuł zdecydowanie NIE jest sponsorowany :)
Polecam każdemu, komu zdarza się podróżować.
trochę zdjęć w linku:
http://www.facebook.com/media/set/?set=a.457035891024481.104185.127551790639561&type=1
Co było na szkoleniu to jest bardzo ładnie opisane na ich stronach, dlatego bardziej chciałem się skupić na aspektach pobocznych.
Pewnie zapytacie:
Po co turyście szkolenie survivalowe, przecież to dla szaleńców militarnych a ognisko i tak umiem rozpalać ?
Prawda jest taka, że każdą wiedzę trzeba utrwalać, to że wiemy jak rozpalić ognisko, bo robiliśmy to setki razy, to nie znaczy, że uda nam się to za każdym razem i do tego jak jest mokro i do tego bez zapalniczki.
Warto potrenować, kiedy jest czas na doświadczenia, pobawić się tą wiedzą.
Warto też utrwalić sobie praktycznie wiedzę, która może się przydać (np. sygnalizacja - oby się nie przydała)
Napisałem "miło i przytulnie" bo szkolenie jest sytuacją w kontrolowanych warunkach, nie ma stresu, wiemy, że nic nam się nie stanie i wrócimy do domu.
Uzyskałem odpowiedzi na 500 pytań, i żadna z nich nie brzmiała "bo tak wszyscy robią...".
Szkolenie trwało od soboty 10:45 do niedzieli 18:00 i cały ten czas był wypełniony.
Pełen profesjonalizm.
Fajne tematy przedstawiane w dobrej formie, przez dobrego instruktora:
Najpierw teoria, potem pokaz, na końcu praktyka i sprawdzenie w naturze każdego z zagadnień.
Nikt Wam nie karze po szkoleniu nocować w lesie bez namiotu, ale będziecie wiedzieć jak to zrobić ciepło i bezpiecznie, obyście w przyszłości nie byli zmuszeni do takiej sytuacji, ale jeżeli przypadkiem się zdarzy - będzie to pod Waszą kontrolą.
Niniejszy artykuł zdecydowanie NIE jest sponsorowany :)
Polecam każdemu, komu zdarza się podróżować.
trochę zdjęć w linku:
http://www.facebook.com/media/set/?set=a.457035891024481.104185.127551790639561&type=1
wtorek, 25 grudnia 2012
Prezent na gwiazdkę
Dostałem od Mikołaja takie coś:
Niby zwykła petzlowska czołówka, a jednak:
Najważniejszą dla mnie w niej jest możliwość świecenia czerwoną diodką.
Zwykle staram się nie używać latarki jak nie muszę, oczy adaptują mi się całkiem dobrze do ciemności i dość rzadko muszę...
Ale czasem trzeba coś podświetlić i wtedy właśnie czerwone jest fajne:
nie przestawia oczu i po zgaszeniu latarki nadal widzimy w ciemności.
Druga fajna rzecz, to możliwość ładowania akumulatorka z USB.
Przy okazji mając soft możemy z komputera wysterować zachowanie się latarki w dwóch głównych trybach świecenia.
Można sobie ustawić aby MAX wcale nie był taki znowu MAX i bateria mogła wytrzymać np. 180 godzin świecenia.
Żeby była perfekcyjna, fajne by było aby w trybie MAX (jeden klik) mogła świecić tak jak ECOnomy a jak klikniemy po raz drugi, żeby świeciła mocniej.
tego się nie da ustawić softem.
Napiszę do nich, może się będzie dawać.
Druga rzecz, to brak możliwości sterowania programowego siłą światła czerwonego, ale pewnie tam nie ma układu sterowania napięciem pod czerwoną diodką, także nie ma co marudzić.
Jakby co to możemy wyjąć akumulator CORE i włożyć trzy małe paluszki.
Naprawdę super prezent - moja poprzednia nie miała czerwonego światełka.
Niby zwykła petzlowska czołówka, a jednak:
Najważniejszą dla mnie w niej jest możliwość świecenia czerwoną diodką.
Zwykle staram się nie używać latarki jak nie muszę, oczy adaptują mi się całkiem dobrze do ciemności i dość rzadko muszę...
Ale czasem trzeba coś podświetlić i wtedy właśnie czerwone jest fajne:
nie przestawia oczu i po zgaszeniu latarki nadal widzimy w ciemności.
Druga fajna rzecz, to możliwość ładowania akumulatorka z USB.
Przy okazji mając soft możemy z komputera wysterować zachowanie się latarki w dwóch głównych trybach świecenia.
Można sobie ustawić aby MAX wcale nie był taki znowu MAX i bateria mogła wytrzymać np. 180 godzin świecenia.
Żeby była perfekcyjna, fajne by było aby w trybie MAX (jeden klik) mogła świecić tak jak ECOnomy a jak klikniemy po raz drugi, żeby świeciła mocniej.
tego się nie da ustawić softem.
Napiszę do nich, może się będzie dawać.
Druga rzecz, to brak możliwości sterowania programowego siłą światła czerwonego, ale pewnie tam nie ma układu sterowania napięciem pod czerwoną diodką, także nie ma co marudzić.
Jakby co to możemy wyjąć akumulator CORE i włożyć trzy małe paluszki.
Naprawdę super prezent - moja poprzednia nie miała czerwonego światełka.
środa, 19 września 2012
Elektronika w podróży (i mapy)
Dawno nic nie pisałem, nie wynika to z braku czasu a raczej z braku pomysłów na wartościowy artykuł.
Pomyślałem, że warto poruszyć temat elektroniki w podróży.
Podróżując, teoretycznie elektronika nie jest nam niezbędna, niemniej uzależniamy się od telefonów, komputerów - generalnie od dostępu do informacji.
Zdecydowanie na wyjazdy zabieram telefon, który wyłączam zaraz po naładowaniu a przed wyjściem z domu.
Nie jest to obecnie standardowe, ale tak mam.
Z uwagi na powyższe odpada mi problem ładowania telefonu.
Ale potrzebujemy ładowarki do baterii w aparacie, lustrzanka spokojnie wytrzyma tydzień, ale co potem ?
Jak ktoś zabiera kamerę - druga ładowarka.
GPS wymaga baterii.
W przypadku GPS-a nie jest dramatycznie, jeżeli ktoś umie korzystać z mapy.
Na kilku wyjazdach włączałem GPS tylko po to, aby odczytać pozycję a następnie sprawdzałem ją na mapie papierowej.
Powyższe dość dobrze ogranicza zużycie prądu.
A jakby co znalazłem panel solarny do ładowania akumulatorków.
Jak mamy na GPS-ie jakieś mapy i chcemy z nich korzystać, przydaje się mały komputer.
Komputer się przydaje do zrzucenia zdjęć z kart/kamery na jakiś zewnętrzny dysk.
Czasem fajnie przejrzeć wiadomości/maile.
Ostatnio na promie, który płynął dwa dni, e-book reader był zbawieniem.
Jak widać ilość sprzętu rośnie i zabiera cenne kilogramy.
Warto pomyśleć o zabieraniu rozdzielacza - jedno gniazdko naładuje nam wiele rzeczy.
W ramach kompresji sprzętu i uzyskania dodatkowej funkcjonalności, zamieniłem mały komputer i e-book readera na tablet.
Taki na Androidzie.
Dodatkowym celem było posiadanie lepszego niż GPS narzędzia do oglądania map.
Spędziłem trochę czasu nad szukaniem odpowiedniego oprogramowania do map i znalazłem te, o których napiszę.
Ktoś powie "po co szukać ? przecież jest google maps ?".
Oczywiście - jest - jak jest sieć.
Jak wyjeżdżam poza kraj - zakładam, że sieci nie ma.
Jak jestem w górach - też jej nie ma.
Pierwszy z programów nazywa się "Soviet Military Maps Free".
Jak jest sieć - mamy np. OSM, czy Googla, jak sieci nie ma - oprogramowanie pokazuje nam radzieckie sztabówki - SUPER.
Drugi, wymagający własnej pracy poszukiwawczej, to "Orux maps"
umie zassać garminowskie mapy w postaci .img.
W ostateczności, można mu podłączyć skalibrowany skan mapy (png lub jpg)
Skan kalibrujemy programem "MapCalibrator".
Polecam.
Zdjęcia - Islandia 2012
Pomyślałem, że warto poruszyć temat elektroniki w podróży.
Podróżując, teoretycznie elektronika nie jest nam niezbędna, niemniej uzależniamy się od telefonów, komputerów - generalnie od dostępu do informacji.
Zdecydowanie na wyjazdy zabieram telefon, który wyłączam zaraz po naładowaniu a przed wyjściem z domu.
Nie jest to obecnie standardowe, ale tak mam.
Z uwagi na powyższe odpada mi problem ładowania telefonu.
Ale potrzebujemy ładowarki do baterii w aparacie, lustrzanka spokojnie wytrzyma tydzień, ale co potem ?
Jak ktoś zabiera kamerę - druga ładowarka.
GPS wymaga baterii.
W przypadku GPS-a nie jest dramatycznie, jeżeli ktoś umie korzystać z mapy.
Na kilku wyjazdach włączałem GPS tylko po to, aby odczytać pozycję a następnie sprawdzałem ją na mapie papierowej.
Powyższe dość dobrze ogranicza zużycie prądu.
A jakby co znalazłem panel solarny do ładowania akumulatorków.
Jak mamy na GPS-ie jakieś mapy i chcemy z nich korzystać, przydaje się mały komputer.
Komputer się przydaje do zrzucenia zdjęć z kart/kamery na jakiś zewnętrzny dysk.
Czasem fajnie przejrzeć wiadomości/maile.
Ostatnio na promie, który płynął dwa dni, e-book reader był zbawieniem.
Jak widać ilość sprzętu rośnie i zabiera cenne kilogramy.
Warto pomyśleć o zabieraniu rozdzielacza - jedno gniazdko naładuje nam wiele rzeczy.
W ramach kompresji sprzętu i uzyskania dodatkowej funkcjonalności, zamieniłem mały komputer i e-book readera na tablet.
Taki na Androidzie.
Dodatkowym celem było posiadanie lepszego niż GPS narzędzia do oglądania map.
Spędziłem trochę czasu nad szukaniem odpowiedniego oprogramowania do map i znalazłem te, o których napiszę.
Ktoś powie "po co szukać ? przecież jest google maps ?".
Oczywiście - jest - jak jest sieć.
Jak wyjeżdżam poza kraj - zakładam, że sieci nie ma.
Jak jestem w górach - też jej nie ma.
Pierwszy z programów nazywa się "Soviet Military Maps Free".
Jak jest sieć - mamy np. OSM, czy Googla, jak sieci nie ma - oprogramowanie pokazuje nam radzieckie sztabówki - SUPER.
Drugi, wymagający własnej pracy poszukiwawczej, to "Orux maps"
umie zassać garminowskie mapy w postaci .img.
W ostateczności, można mu podłączyć skalibrowany skan mapy (png lub jpg)
Skan kalibrujemy programem "MapCalibrator".
Polecam.
Zdjęcia - Islandia 2012
czwartek, 19 lipca 2012
Kuchenka benzynowa - filmy z YouTube
Ponieważ widzę bardzo dużo zapytań o kuchenkę benzynową, wybrałem kilka filmów z YouTube.
Pierwszy porównuje rosyjskiego trzmiela i kuchenkę Coleman-a.
Zwróćcie uwagę na sposób rozpalania - ja trzmiela zawsze rozpalałem benzyną.
dodany na końcu test KellyKettle jest nieadekwatny do rzeczywistości - powinno się to rozpalać drewnem, wtedy chłonie ciepło przez ścianki.
Jako garnek - ma za małą powierzchnię podgrzewaną.
Drugi pokazuje kostkę wzorowaną na maszynce Primusa. To ta odpalana metodą "Niemcy we wsi" Analogiczna - w obecnej technologii A poniżej coś współczesnego Primus - multifuel. Jak mówią legendy - działa na wszystko, łącznie z upłynnionymi odchodami wielbłąda.
Jak widać - zasada rozpalania jest taka sama w przypadku wszystkich kuchenek benzynowych
Jak pisałem wcześniej, benzynówka jest świetna na niskie temperatury i sytuacje, gdy nie wiemy czy będzie dostępny konkretny standard butli.
Pierwszy porównuje rosyjskiego trzmiela i kuchenkę Coleman-a.
Zwróćcie uwagę na sposób rozpalania - ja trzmiela zawsze rozpalałem benzyną.
dodany na końcu test KellyKettle jest nieadekwatny do rzeczywistości - powinno się to rozpalać drewnem, wtedy chłonie ciepło przez ścianki.
Jako garnek - ma za małą powierzchnię podgrzewaną.
Drugi pokazuje kostkę wzorowaną na maszynce Primusa. To ta odpalana metodą "Niemcy we wsi" Analogiczna - w obecnej technologii A poniżej coś współczesnego Primus - multifuel. Jak mówią legendy - działa na wszystko, łącznie z upłynnionymi odchodami wielbłąda.
Jak widać - zasada rozpalania jest taka sama w przypadku wszystkich kuchenek benzynowych
Jak pisałem wcześniej, benzynówka jest świetna na niskie temperatury i sytuacje, gdy nie wiemy czy będzie dostępny konkretny standard butli.
sobota, 14 lipca 2012
Jakie buty ?
Jako, że właśnie przygotowuję zimowe buty (na zimę - nie pomyliłem się)
pomyślałem, że może warto opisać.
Każdy człowiek wchodząc do sklepu z obuwiem może śmiało powiedzieć:
"mam niestandardowe stopy".
Masowy przemysł obuwniczy zdefiniował numery buta na długość, ale nie ma numeracji szerokości.
Buty są rzeczą tak indywidualną a jednocześnie tak niezbędną, że trudno doradzać ale postaram się przekazać kilka moich subiektywnych opinii bazujących na własnym doświadczeniu.
Mam sceptyczne podejście do butów z membraną.
Sceptycyzm polega na tym, że jak wpadniemy w błoto po kostki (czytaj buciki nam się ubrudzą) membrana przestaje oddychać.
Najlepiej oddychającą jest skóra, nawet jak się pobrudzi, membrana jest półśrodkiem.
Druga rzecz to materiał z jakiego buty są wykonane.
Ponieważ nie mówimy o skorupach do wędrówki w Himalajach powyżej 7 tys. metrów, materiały typu kevlar raczej nie są nam potrzebne.
Na moje stopy, buty z kordury (taki gruby materiał) się nie sprawdzają.
Kordura nie rozciąga się tak jak skóra i nie układa się do kształtu stopy.
Raz mi się sprawdziły (buty już dawno się rozpadły) były jakby ktoś zaprojektował buty na moją stopę.
Firma ta niestety zmieniła projektanta....
Wobec tego zostajemy przy butach ze skóry.
Na lato cieńsze, na zimę cieplejsze.
Buty górskie muszą mieć cholewkę, aby trzymać kostkę.
Właściwie nie wiem dlaczego nazywam je butami górskimi, skoro używałem takich na pustyni, w lesie, na pampie, na śniegu a góry to był jeden z wielu przypadków, ale tak już się przyjęło.
Tak czy inaczej - załóżmy, że kupiliśmy wygodne buty i co dalej ?
Niektórzy pastują, wkładają do szafy i zabierają aby założyć je w górach.
Delikatnie mówiąc nie jest to najlepszy pomysł.
Sugeruję włożyć na noc do miski z wodą, obciążając kamieniami, aby rano założyć dwie pary skarpetek i połazić w nich (nawet po mieście) parę godzin.
Następnego dnia będą jeszcze wilgotne - zakładamy i znowu chodzimy kilka godzin.
Jak wyschną całkiem, to wycieramy delikatnie szmatką na mokro, tym razem, żeby nie za bardzo zamoczyć, suszymy.
Po takich operacjach nasączamy impregnatem (jest dostępny w spray-u).
Jak wyschnie - nasączamy ponownie.
Jak wyschnie - pastujemy.
Buty powinny być gotowe.
Celem moczenia i łażenia było dobre dostosowanie butów do stóp w warunkach kontrolowanych.
Z amerykańska uprzedzam, jak ktoś sobie "zniszczy buty" to jego problem.
Powyższy sposób jest najszybszy.
Jest jeszcze jeden dość niestandardowy i kontrowersyjny w obecnych czasach sposób na rozchodzenie butów.
Należy je założyć i chodzić, ale trwa to dużo dłużej niż dwa dni.
Na zdjęciu - buty w misce.
pomyślałem, że może warto opisać.
Każdy człowiek wchodząc do sklepu z obuwiem może śmiało powiedzieć:
"mam niestandardowe stopy".
Masowy przemysł obuwniczy zdefiniował numery buta na długość, ale nie ma numeracji szerokości.
Buty są rzeczą tak indywidualną a jednocześnie tak niezbędną, że trudno doradzać ale postaram się przekazać kilka moich subiektywnych opinii bazujących na własnym doświadczeniu.
Mam sceptyczne podejście do butów z membraną.
Sceptycyzm polega na tym, że jak wpadniemy w błoto po kostki (czytaj buciki nam się ubrudzą) membrana przestaje oddychać.
Najlepiej oddychającą jest skóra, nawet jak się pobrudzi, membrana jest półśrodkiem.
Druga rzecz to materiał z jakiego buty są wykonane.
Ponieważ nie mówimy o skorupach do wędrówki w Himalajach powyżej 7 tys. metrów, materiały typu kevlar raczej nie są nam potrzebne.
Na moje stopy, buty z kordury (taki gruby materiał) się nie sprawdzają.
Kordura nie rozciąga się tak jak skóra i nie układa się do kształtu stopy.
Raz mi się sprawdziły (buty już dawno się rozpadły) były jakby ktoś zaprojektował buty na moją stopę.
Firma ta niestety zmieniła projektanta....
Wobec tego zostajemy przy butach ze skóry.
Na lato cieńsze, na zimę cieplejsze.
Buty górskie muszą mieć cholewkę, aby trzymać kostkę.
Właściwie nie wiem dlaczego nazywam je butami górskimi, skoro używałem takich na pustyni, w lesie, na pampie, na śniegu a góry to był jeden z wielu przypadków, ale tak już się przyjęło.
Tak czy inaczej - załóżmy, że kupiliśmy wygodne buty i co dalej ?
Niektórzy pastują, wkładają do szafy i zabierają aby założyć je w górach.
Delikatnie mówiąc nie jest to najlepszy pomysł.
Sugeruję włożyć na noc do miski z wodą, obciążając kamieniami, aby rano założyć dwie pary skarpetek i połazić w nich (nawet po mieście) parę godzin.
Następnego dnia będą jeszcze wilgotne - zakładamy i znowu chodzimy kilka godzin.
Jak wyschną całkiem, to wycieramy delikatnie szmatką na mokro, tym razem, żeby nie za bardzo zamoczyć, suszymy.
Po takich operacjach nasączamy impregnatem (jest dostępny w spray-u).
Jak wyschnie - nasączamy ponownie.
Jak wyschnie - pastujemy.
Buty powinny być gotowe.
Celem moczenia i łażenia było dobre dostosowanie butów do stóp w warunkach kontrolowanych.
Z amerykańska uprzedzam, jak ktoś sobie "zniszczy buty" to jego problem.
Powyższy sposób jest najszybszy.
Jest jeszcze jeden dość niestandardowy i kontrowersyjny w obecnych czasach sposób na rozchodzenie butów.
Należy je założyć i chodzić, ale trwa to dużo dłużej niż dwa dni.
Na zdjęciu - buty w misce.
niedziela, 1 lipca 2012
Lodówka
Przechowywanie pożywienia może być czasem wyzwaniem.
Jak jedziemy samochodem teoretycznie możemy zabrać lodówkę podłączaną do zapalniczki.
Piszę teoretycznie, bo zmieniliśmy samochód na mniejszy i lodówka nam już raczej nie wejdzie.
Bardzo praktyczne urządzenie.
We Francji włożyliśmy do środka tamtejsze serki, co powodowało problemy z jej otwieraniem - atmosfera cierpiała a my z nią.
Ale fajnie było napić się czegoś chłodnego.
Ale co jak nie mamy lodówki ?
Trzeba myśleć :).
Staramy się zużywać jedzenie świeże - głównie mięso i wędliny jak najszybciej.
Jak mamy dłuższą trasę zostają lizofile i konserwy.
Jak nie przeszkadza nam ciężar (podróż samochodem) możemy zawekować mięso w słoikach, teraz to dużo prościej niż jak nie było zakręcanych słoików.
Trzeba pamiętać, że słoika nie odkładamy na później.
Jeden obiad - co najmniej jeden słoik.
Ser żółty w/g mnie jest nawet lepszy, jak się trochę podgrzeje.
Warzywa i owoce dają radę.
Wyzwaniem jest masło, najprostszą metodą przechowywania masła, jest trzymanie go w wodzie.
Nalewamy wody do słoika, ja zwykle sypię trochę soli i wrzucamy masło.
Muszę poeksperymentować z użyciem wodoszczelnych plastikowych pojemników, bo wyłoby wygodniej.
Kiedyś miałem (teraz towar niedostępny) turystyczną maselniczkę.
Szczelne pudełko z plastiku, z drugim metalowym wewnątrz.
W metalowym trzymaliśmy masło a między ścianki laliśmy wodę.
Ale szału nie było, masło bezpośrednio w wodzie sprawdzało się lepiej.
Zdjęcie - na ochłodę - Wyspa Wielkanocna
Jak jedziemy samochodem teoretycznie możemy zabrać lodówkę podłączaną do zapalniczki.
Piszę teoretycznie, bo zmieniliśmy samochód na mniejszy i lodówka nam już raczej nie wejdzie.
Bardzo praktyczne urządzenie.
We Francji włożyliśmy do środka tamtejsze serki, co powodowało problemy z jej otwieraniem - atmosfera cierpiała a my z nią.
Ale fajnie było napić się czegoś chłodnego.
Ale co jak nie mamy lodówki ?
Trzeba myśleć :).
Staramy się zużywać jedzenie świeże - głównie mięso i wędliny jak najszybciej.
Jak mamy dłuższą trasę zostają lizofile i konserwy.
Jak nie przeszkadza nam ciężar (podróż samochodem) możemy zawekować mięso w słoikach, teraz to dużo prościej niż jak nie było zakręcanych słoików.
Trzeba pamiętać, że słoika nie odkładamy na później.
Jeden obiad - co najmniej jeden słoik.
Ser żółty w/g mnie jest nawet lepszy, jak się trochę podgrzeje.
Warzywa i owoce dają radę.
Wyzwaniem jest masło, najprostszą metodą przechowywania masła, jest trzymanie go w wodzie.
Nalewamy wody do słoika, ja zwykle sypię trochę soli i wrzucamy masło.
Muszę poeksperymentować z użyciem wodoszczelnych plastikowych pojemników, bo wyłoby wygodniej.
Kiedyś miałem (teraz towar niedostępny) turystyczną maselniczkę.
Szczelne pudełko z plastiku, z drugim metalowym wewnątrz.
W metalowym trzymaliśmy masło a między ścianki laliśmy wodę.
Ale szału nie było, masło bezpośrednio w wodzie sprawdzało się lepiej.
Zdjęcie - na ochłodę - Wyspa Wielkanocna
niedziela, 17 czerwca 2012
Lornetki
Pomyślałem, że napiszę trochę o lornetkach, mimo że rzadko braliśmy lornetkę na wyjazdy.
Mam starą dużą lornetkę Bushnell-a, którą dostałem w prezencie i się uszkodziła wobec tego właśnie rozglądam się za jakąś i z tego wziął się pomysł na posta.
Rzadko braliśmy lornetkę na wyjazdy z jednego prostego powodu - była za duża i za ciężka.
Jednocześnie mając dobry obiektyw w aparacie, zawsze można sobie coś przybliżyć.
Zaczniemy od oznaczenia.
Lornetki oznaczane są liczbami np. 10x48 (mniej więcej takiej szukam ale jeszcze nie jestem pewien).
W powyższym przypadku "10" oznacza krotność przybliżenia a "48" rozmiar soczewki większej w milimetrach.
W/g mnie w przypadku lornetki turystycznej (a są jeszcze astronomiczne, myśliwskie, wojskowe, żeglarskie...) trzeba dobrać optymalny rozmiar i ciężar w połączeniu z możliwościami.
Nie lubię tych z malutkimi soczewkami - są ciemne i w/g mnie słabo widać, a z kolei te duże są zbyt ciężkie i zajmują dużo miejsca.
Moim ideałem jest gumowana metalowa (są plastikowe) lornetka z przybliżeniem 8-mio albo 10-cio krotnym, koniecznie wodoodporna, ważąca poniżej 0.6 kg.
Zdjęcie - Norwegia 2007 bez lornetki
Mam starą dużą lornetkę Bushnell-a, którą dostałem w prezencie i się uszkodziła wobec tego właśnie rozglądam się za jakąś i z tego wziął się pomysł na posta.
Rzadko braliśmy lornetkę na wyjazdy z jednego prostego powodu - była za duża i za ciężka.
Jednocześnie mając dobry obiektyw w aparacie, zawsze można sobie coś przybliżyć.
Zaczniemy od oznaczenia.
Lornetki oznaczane są liczbami np. 10x48 (mniej więcej takiej szukam ale jeszcze nie jestem pewien).
W powyższym przypadku "10" oznacza krotność przybliżenia a "48" rozmiar soczewki większej w milimetrach.
W/g mnie w przypadku lornetki turystycznej (a są jeszcze astronomiczne, myśliwskie, wojskowe, żeglarskie...) trzeba dobrać optymalny rozmiar i ciężar w połączeniu z możliwościami.
Nie lubię tych z malutkimi soczewkami - są ciemne i w/g mnie słabo widać, a z kolei te duże są zbyt ciężkie i zajmują dużo miejsca.
Moim ideałem jest gumowana metalowa (są plastikowe) lornetka z przybliżeniem 8-mio albo 10-cio krotnym, koniecznie wodoodporna, ważąca poniżej 0.6 kg.
Zdjęcie - Norwegia 2007 bez lornetki
niedziela, 10 czerwca 2012
Nie ma wody na pustyni
Pomyślałem, że warto napisać o tym jak idzie się na pustynię.
Może nie wszyscy skorzystają ale życzę wam tego z całego serca, przynajmniej tym którym takie coś jak chodzenie po pustyni może sprawić przyjemność.
Dla niektórych może to być dobry opis jak przeżyć 40-to stopniowe upały w Warszawie.
Podstawą jest woda (wiem, że nie jestem odkrywczy).
Nasz organizm w temperaturach powyżej 40-tu stopni potrzebuje abyśmy wypili około czterech litrów wody dziennie.
Jak szliśmy kilkugodzinną na wycieczkę na pustyni Atacama,każdy miał minimum dwa litry wody w zapasie.
Wodę należy popijać często i mało.
Camelbacki są nieocenione.
Następne to nakrycie głowy plus okulary (chyba że nakryciem głowy jest kapelusz).
Warto wiedzieć, że cukier pobudza pragnienie.
Jak jemy słodkie rzeczy - więcej wody zużyjemy.
Nie należy się rozbierać - bez koszuli i w krótkich spodenkach odparowujemy
więcej potu a poza tym narażamy się na poparzenia.
Dobrze jest zawiesić sobie kawał szmaty pod czapką, tak aby zakrywała ramiona.
Uzyskujemy własny cień.
Buty - jak zwykle ważne.
Klapeczki są delikatnie mówiąc niemądrym wyborem.
Buty powinny być takie, żeby nie nasypał nam się piach, który z potem tworzy mieszankę niczym papier ścierny i obetrze nam stopy.
Pustynia rzadko wygląda jak piaskownica, zdecydowanie częściej jest to luźny zbiór ostrych kamieni.
Chodzenie po tym w delikatnych bucikach jest niebezpieczne.
Nie martwcie się, że stopy wam się przegrzeją, pocieszcie się, że w dużych butach - one są w cieniu.
Jak jest jakiś postój i można je ściągnąć nie sypiąc piachu w skarpetki - ściągajcie buty i skarpetki, niech trochę przeschną.
To powyższe dotyczy nie tylko pustyni.
Pustynia charakteryzuje się dużą zmianą temperatur.
O świcie na Atacamie, podobnie jak i w Australii w Alice Springs, temperatura była w okolicach zera.
Warto zabrać na wyjazd ciepłe rzeczy typu polar czy rękawiczki.
W południe temperatura skacze powyżej 40-tu....
Dlatego to pustynia..
Zdjęcie - Dla odmiany Sahara 2005 - tego dnia padał deszcz
Może nie wszyscy skorzystają ale życzę wam tego z całego serca, przynajmniej tym którym takie coś jak chodzenie po pustyni może sprawić przyjemność.
Dla niektórych może to być dobry opis jak przeżyć 40-to stopniowe upały w Warszawie.
Podstawą jest woda (wiem, że nie jestem odkrywczy).
Nasz organizm w temperaturach powyżej 40-tu stopni potrzebuje abyśmy wypili około czterech litrów wody dziennie.
Jak szliśmy kilkugodzinną na wycieczkę na pustyni Atacama,każdy miał minimum dwa litry wody w zapasie.
Wodę należy popijać często i mało.
Camelbacki są nieocenione.
Następne to nakrycie głowy plus okulary (chyba że nakryciem głowy jest kapelusz).
Warto wiedzieć, że cukier pobudza pragnienie.
Jak jemy słodkie rzeczy - więcej wody zużyjemy.
Nie należy się rozbierać - bez koszuli i w krótkich spodenkach odparowujemy
więcej potu a poza tym narażamy się na poparzenia.
Dobrze jest zawiesić sobie kawał szmaty pod czapką, tak aby zakrywała ramiona.
Uzyskujemy własny cień.
Buty - jak zwykle ważne.
Klapeczki są delikatnie mówiąc niemądrym wyborem.
Buty powinny być takie, żeby nie nasypał nam się piach, który z potem tworzy mieszankę niczym papier ścierny i obetrze nam stopy.
Pustynia rzadko wygląda jak piaskownica, zdecydowanie częściej jest to luźny zbiór ostrych kamieni.
Chodzenie po tym w delikatnych bucikach jest niebezpieczne.
Nie martwcie się, że stopy wam się przegrzeją, pocieszcie się, że w dużych butach - one są w cieniu.
Jak jest jakiś postój i można je ściągnąć nie sypiąc piachu w skarpetki - ściągajcie buty i skarpetki, niech trochę przeschną.
To powyższe dotyczy nie tylko pustyni.
Pustynia charakteryzuje się dużą zmianą temperatur.
O świcie na Atacamie, podobnie jak i w Australii w Alice Springs, temperatura była w okolicach zera.
Warto zabrać na wyjazd ciepłe rzeczy typu polar czy rękawiczki.
W południe temperatura skacze powyżej 40-tu....
Dlatego to pustynia..
Zdjęcie - Dla odmiany Sahara 2005 - tego dnia padał deszcz
Subskrybuj:
Posty (Atom)



